Wypisy z historii miłosnych i prawie miłosnych  z osiedla Przyjaźń

Z szuflad i nagrań archiwum społecznego wybrałyśmy trochę historii erotyczno-romantycznych z osiedla. A jakie są wasze?

wybrały Małgorzata Leszko i Joanna Zamorska

Więcej: http://osiedleprzyjaznmapa.pl/

 

Aleja zbłąkanych dziewcząt

W latach 70. osiedlowym alejkom w części studenckiej nadawano zwyczajowe nazwy. W pewnym okresie funkcjonowały one nawet półoficjalnie: widniały na różowych tabliczkach z czarnymi napisami i nanoszono je nawet na plan osiedla umiejscowiony przed Karuzelą. Część nazw była dość tradycyjna (np. XV-lecia osiedla), ale część wskazywała również na intensywne życie romantyczno-erotyczne. I tak, według relacji Piotra Dworzańskiego, jedna z nich nosiła nazwę… alei Zbłąkanych Dziewcząt:

Natom

 

iast tam najbliżej Górczewskiej, wzdłuż 31 do 34 to była aleja Zbłąkanych Dziewcząt.

Być może nazwa pochodziła od odwiedzających studentów kobiet, które idąc z Górczewskiej pytały o drogę do swoich chłopaków, choć ta interpretacja budzi nasze wątpliwości.

Także domki miewały nazwy związane z miłością:

Niektóre akademiki chyba nigdy nazw nie miały, o ile sobie przypominam, ale powiedzmy tak: nieistniejący już [akademik] 12 to był Cyrulik. 20 – nieistniejący U Kupidyna (…), a 55 to był Kupidów. (Piotr Dworzański)

Domki studenckie

Nie bez powodu Osiedle kojarzono z miłością, bowiem wielu studentów poznawało swoje drugie połowy w akademikach. Osiedle to miejsce niezapomnianych randek, jak opowiada przewrotnie Włodek Dembowski z November Project:

Pamiętam taką scenę, jak zakradłem się z kolegą i przez okno zaglądamy, a w środku taki grzeczny chłopak w sweterku z długimi włosami, siedzi na łóżeczku, a obok niego siedzi bardzo ładna grzeczna dziewczyna, trzyma rączki na kolankach i widać, że chyba się zanosi na romans, on gra na gitarze, jest bardzo romantycznie, i w tym momencie nagle jemu w plecy: ŁAAAAAAAAAAAAAAAAA! Coś takiego przez okno. No i oboje podskoczyli pod sufit [śmiech]. Chyba pamiętają tą randkę do tej pory, mam nadzieję. (Włodek Dembowski)

 

Jednak wbrew zabawowo-swawolnym nazwom, liczne osiedlowe miłości prowadziły do poważnych związków i – niejednokrotnie – ślubów.  Bywały na osiedlu romanse międzyuczelniane. Pierwsze spotkanie z późniejszym mężem wspomina osiedlowa studentka z lat 80., Magdalena Boroch (wówczas na czwartym roku).

Był to dzień dość szczególny, ponieważ zdarzyło się, że nas na tych Jelonkach okradziono. Wyszłyśmy z koleżanką, pojechałyśmy do Warszawy, do miasta do kina, wróciłyśmy i pokój zastałyśmy otwarty i wypatroszony. Nie miałyśmy dużego majątku, jak to studentki, niemniej jednak trudne to było doświadczenie. I w tym czasie, jak my oczekiwałyśmy na policję, to zjawili się trzej panowie z WAT-u, ponieważ chłopaki z WAT-u bardzo często gościli tu na Jelonkach. Jednego z nich znałyśmy już wcześniej, a dwaj pozostali byli nam wtedy obcy. No i jeden z tych dwóch okazał się być moim przyszłym mężem. On tego nie pamięta, bo był pod wpływem alkoholu, no ja to doskonale pamiętam. No i po roku byliśmy już właściwie po ślubie. I nie ja jedna z grupy wyszłam za mąż za chłopaka z WAT-u, bo o ile wiem, conajmniej dwie mają męża, który skończył WAT. (Magdalena Boroch)

 

Mieszkanie na osiedlu zdecydowanie sprzyjało małżeństwom. Oto kolejna historia, tym razem łącząca wątek alkoholowy, miłosny i proroczy:

W 1997 roku w Nowy Rok kiedy mieszkałam w 39 poszłam rano do kumpla dwa pokoje dalej, zobaczyć czy żyje. Potknęłam się u niego w pokoju o dwóch kolesi śpiących na ziemi, zawiniętych w zasłonkę, jeden podniósł głowę i powiedział „ty zostaniesz moją żoną” i padł. No i jestem jego żoną od 16 lat. (pseud. alunia31)

Czasem coś zaiskrzyło między studentami a wykładowcami, choć niekoniecznie w akademickich okolicznościach:

Ja to swojego męża poznałam grając w brydża. Także to było poznanie i na osiedlu i tutaj w grze On już pracował wtedy jak ja poznałam, był pracownikiem SGH naukowym. [p. Rudnicka]

Tworzyły się także pary międzynarodowe, bo na osiedlu od zawsze dużo było studentów z wymian zagranicznych. Ale szukano też partnerów o bardzo specyficznych cechach: podobno do osiedlowych CHAT-owskich akademików [Chrześcijańska Akademia Teologiczna, uczelnia kształcąca księży prawosławnych – red.], przybywały panny z nadzieją na znalezienie kandydata na mężą pośród  kandydatów na duchownych. Ilu z nich udało się zyskać status matuszki, nie wiadomo.

 

Mniej planowy, a bardziej spontaniczny charakter miało zawarcie znajomości między dwojgiem studentów, dziś sympatów osiedla: Magdy Niedźwieckiej i Pawła Pruszkowskiego. Impulsem do poznania się okazał się kot – zjawisko rzadkie w innych warszawskich akademikach, a na osiedlu występujące nałogowo.

Poznaliśmy się dzień po św. Patryku. Tego dnia poszłam do kuchni myć naczynia – nie było żadnych łazienek w pokojach, więc trzeba było chodzić do ogólnodostępnej kuchni – i zauważyłam, że na korytarzu stoi facet i głaszcze kota (…). Ja bardzo kochałam zawsze koty i wszystkie zwierzęta, więc podeszłam. W sumie chyba bardziej do kota, niż do człowieka… i też zaczęłam głaskać tego kota. No i jakoś tak wywiązała się rozmowa, i ta rozmowa w zasadzie trwa po dziś dzień, ponieważ po wielu latach wyszłam za tego człowieka za mąż. (Magda Niedźwiecka-Pruszkowska)

 

Z czynników sprzyjających miłościom osiedlowym poza kradzieżami, hazardem oraz fauną należy wymienić jeszcze niską zabudowę:

Artur z Zosią są osiedlową parą pt. “otwórz okienko, Zosieńko”. Ona autentycznie przez okno, wyglądała, kiedy się zobaczyli po raz pierwszy. Nie wiem co robiła, ale w każdym razie on przechodził i tak raz, drugi, urodziwa dziewczyna (…). (Janina Gdaniec)

 

Te studenckie miłości przynosiły też owoce, jak sugeruje nazwa zwyczajowa jednego z akademików, który w latach 80. nosił wymowną nazwę Inkubator. Potwierdza to wypowiedź uczestnika spotkania wykopaliskowego o miłości między studentką a osieldowym waletem, czyli nielegalnym mieszkańcem akademika (kolejna figura typowa dla “Przyjaźni”):

Bo on skończył już studia (…) i  u mnie mieszkał  i mam taką satysfakcję, że Zuzanna [córka – red.] się poczęła u mnie w pokoju. (p. Daglis)

 

Karuzela

Karuzela to miejsce nie tylko imprez studenckich, ale też niezapomnianych wesel.

Niektórzy pobierali się w mniejszej (tzw. konferencyjnej), inni w większej – widowiskowej – sali. Bawiono się tam hucznie, kiedyś nawet można było przygotować samemu jedzenie, do dyspozycji była kuchnia na Osiedlu:

Wiem, że te potrawy sama rodzina przyrządzała. Przyjęcie to było tutaj [w sali konferencyjnej – red.] W większości była to rodzina, męża i moja, chyba było z 60-70 osób, podejrzewam. [p. Rudnicka, nagranie z Wykopaliska]

 

Karuzela była też miejscem pierwszych miłości i randek.

Wspaniałe czasy kiedy w Karuzeli stało się w kolejce do telefonu, codziennie wracało się z nowym „narzeczonym” po imprezie w Karuzeli… [alunia31, komentarz pod artykułem z GW Magdy Dubrowskiej]

 

Bynajmniej nie tylko w kawiarni czy w DKF-ie spotykali się zakochani. Wieść gminna niesie, że pewien student umawiał się ze swoją dziewczyną zawsze na tylnych schodkach Karuzeli. Ponoć wybierał to miejsce, bo zawsze było tam ciemno i pusto. Ciemno? Być może, ale już pusto niekoniecznie, bowiem miejsce to od dawien dawna jest ulubionym punktem przesiadywania lokalnych piwoszy.

 

Wesele studenckie

Bywało też, że wesela urządzano w akademikach, zwłaszcza w tzw. domkach asystenckich, w których mieszkali doktoranci, ale też w zwykłych pokojach studenckich. O takim nietypowym weselu opowiada Małgorzata Margas:

To był rok 1982, kiedy wzięłam ślub ze swoim chłopakiem Grzegorzem, z którym jestem do tej pory. To był taki typowo studencki ślub, musiałam załatwić pozwolenie w administracji osiedla, żeby móc zrobić imprezę. No i wyglądało to w ten sposób, że o 7.30 rano był egzamin z anatomii, którego nie zdałam zresztą [śmiech], a po egzaminie kupiłam sobie groszek pachnący na Dworcu Centralnym, wróciłam do akademika, zrobiłam bukiecik i ślub był o 15.00 albo o 15.20… Brała w nim udział cała banda studentów, a z rodziny przyjechała najbliższa rodzina. Gośćmi byli studenci, czyli koleżanki z roku i koledzy z domku naprzeciwko. Oni tak to zorganizowali, że odjazd spod urzędu opóźnili troszkę, żeby móc przygotować takie napisy na powitanie. Puścili muzykę, a potem w pokoju, w którym mieszkałam z dziewczynami, była imprezka. Jak my się tam pomieściliśmy, to naprawdę do dzisiaj trudno mi zrozumieć. (Małgorzata Margas.

Nierzadko oficjalne wesele odbywało się w innym miejscu, a na osiedlu organizowano spontaniczne poprawiny:

No to my też mieliśmy wesele na  tu Jelonkach tylko takie dla znajomych… Poprawiny (…). W domkach mieliśmy tylko imprezkę, afterparty. (p. Daglisowie)

 

Osiedle Profesorskie

Nie tylko studentów na Osiedlu trafiała strzała amora. Zdarzały się burzliwe romanse także w części profesorskiej, czasem prowadziły do małżeństw, rzadziej do rozwodu i pozamałżeńskich dzieci. Do tej pory niektóre rodziny zamieszkują więcej niż w jednym domku, a powinowaci i krewni mieszkają po sąsiedzku. Wiele z miłosnych historii osiedla zaczynalo się od dziecięcych przyjaźni.

Bażańscy przede wszystkim – tam to rzeczywiście historia od dziecka. On przychodził pod furtkę, a Jola była z głową w lufciku i rozmawiała. Nie pamiętam, w którym roku się pobrali, ale wesele było w domu, u Joli, na ich uliczce. (Janka Gdaniec)

 

Jacek Gdaniec nie był mieszkańcem Osiedla, ale bywał gościem swojej przyszłej małżonki w dzieciństwie, bo ich mamy się przyjaźniły. Historia tej przyjaźni była niesamowita, tak opisała ją Magda Dubrowska w “Gazecie Wyborczej”:

Mama pana Jacka i mama pani Janki siedziały razem w więzieniu w latach 50., jedna za męża akowca, druga sama była w AK. Siostra pani Janki i brat pana Jacka urodzili się w tym więzieniu. Pan Jacek i pani Janka bawili się jako dzieci w ogrodzie, w którym teraz siedzimy. Spotkali się po latach jako dorośli. Ona miała 30 lat, on – 23. Pani Janina: – Zaczął do mnie przyjeżdżać, a każdy nasz spacer po Warszawie kończył się na pl. Zwycięstwa, dziś Piłsudskiego, bo tam była pętla autobusu 106, który jechał na osiedle.(artykuł Magdy Dubrowskiej w “Gazecie Wyborczej”)

 

Nietypowe były też okoliczności zakochania się tej powszechnie znanej i lubianej pary działaczy osiedlowych.

Moja mama zmarła i Jania przyjechała ze swoją mamą na pogrzeb. I po pogrzebie jak to dobrze wychowana dziewczynka zapraszała całe moje rodzeństwo, a nas sześcioro, żeby ją odwiedzić i ja jedyny, głupi, to zrobiłem. Albo mądry (…) i przez trzy dni rozśmieszałem tą dziewczynkę, która niekoniecznie miała chęć się uśmiechać, zdaje się, wtedy. I zaprosiłem ją, żeby przyjechała i tak to się zaczęło. (Jacek)

 

Łaźnia

Na Osiedlu od jego otwarcia był raj dla podglądaczy, czaili się nie tylko pod łaźnią ale też pod oknami domków. Zdarzały się też inne przykre sytuacje:

Ja tam zawsze się czułam bardzo bezpiecznie, nie bałam się niczego chociaż tam i ekshibicjoniści się pojawiali i krążyły plotki o różnych wydarzeniach…[Magdalena Boroch]

Akademiki jelonkowskie na przełomie lat 50. i 60. opisywano w prasie jako miejsce sprzyjające nieobyczajności, głównie ze względu na swobodę, którą cieszyli się studenci, także tę miłosną. Pod hasłem nadmiaru wolności “brzydkiej młodzieży” wybuchła moralna panika, oczywiście winą za nią obarczono kobiety, choć nie wprost. Przez te, ukrywane pod hasłem niebezpieczeństw koedukacji, stereotypy rodem z Księgi Genesis studentki w latach 60. musiały się wyprowadzić z domków na Jelonkach. Autorzy “Historii Warszawskich” sugerują, że rzekome złe prowadzenie się studentów i seks na Osiedlu były tylko przykrywką, by ukarać ich za zaangażowanie polityczne w czasie odwilży końca lat 50.

[“Stolica”, “Życie Warszawy”, “Historie Warszawskie”]

 

Studzienka

Międzynarodowy charakter mogłyby mieć także związki budowniczych Pałacu Kultury, pierwszych lokatorów Osiedla, czyli wówczas “Posiołka Drużba”. Ślady ich bytności to nie tylko znalezione w domkach papierosy “Biełomorkanał”, takie, jakie palił Wilk w radzieckiej kreskówce “Nu pagadi”, ale także do dziś zachowane pokrywy studzienek z napisem cyrylicą “Leningrad” . Autorka “Pałacu. Biografii intymnej”  sugeruje, że na Osiedlu Przyjaźń były warunki do romansów polsko-radzieckich:

Osiedle mistrzów jest odgrodzone, ale jego bram nie zamyka się na noc, a wchodzących nikt nie legitymuje, więc gdyby ktoś bardzo chciał, na przykład polski robotnik zainteresowany radziecką dziewczyną, mógłby się przecież przemknąć się tutaj, by kochać się z nią i zrobić jej dziecko… Niestety, jak przyznaje, nie ma na owe domysły przekonujących dowodów: Nie wiadomo jednak, czy któryś próbował…

Można byłoby więc włożyć ten wątek między bajki, gdyby nie udokumentowany fakt, że mieszkańcom Osiedla w czasach budowy PKiN rodziły się dzieci, a o badaniach DNA na ojcostwo wówczas nikomu się nie śniło. Jak cytuje ówczesną prasę  (jaką nie wiemy, bo 67. przypis zaginął w książce) wspomniana autorka, Beata Chomątowska, kontakty polsko-radzieckie na osiedlu, w tym także towarzyskie, nie należały do rzadkości, zatem kto wie?:

Nie tylko Rosjan widzimy w osiedlu; daje się tu słyszeć także język polski, bo przecież osiedle otwarte jest dla wszystkich. Wielu ludzi z okolicy chętnie odwiedza radzieckich budowniczych, u których może przyjemnie spędzić czas (…) posłuchać muzyki czy potańczyć na otwartym powietrzu na specjalnie do tego przeznaczonej estradzie…

Brak źródła tego cytatu jest tajemniczą sprawą. Może Polacy i Polki rzeczywiście romansowali z radzieckimi budowniczymi, a nazwa uliczki “Aleja zbłąkanych dziewcząt” miała korzenie historyczne i została zaczerpnięta z przekazu ustnego sąsiadów “Posiołka” :)? Małżeństwa polsko-radzieckie też się zdarzały, Rosjanka, wspomniana przez Ryszarda Salwina w cytowanym przez Chomątowską wywiadzie do gazety (znów brak przypisu, jakiej):

Wyszła za Polaka i nie chciała wracać do Związku Radzieckiego, ostrzegała, że prędzej sobie życie odbierze niż wróci.

 

Cytaty, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą z wywiadów indywidualnych oraz spotkań wykopaliskowych przeprowadzonych ramach projektu “Archiwum Społeczne Osiedla Przyjaźń”.

Reklamy